Chorwacja – Słowenia sierpień 2021

Pomysł na tegoroczny urlop rodził się spontanicznie. Czekaliśmy do połowy sierpnia na informacje o ewentualnych ograniczeniach z powodu pandemii. Zaszczepieni stwierdziliśmy, że możemy ruszać za granicę. Przelot samolotem napawał nas jednak strachem przed odwołaniem lotu. Zatem należało ruszyć się samochodem. Chorwacja – bo tam ciepło. Po drodze Słowenia. Kilka godzin w poszukiwaniu atrakcji Słowenii i wiedzieliśmy, że trzeba podzielić pobyt na dwa podobne okresy. Zatem – 7 dni Chorwacja – 6 dni Słowenia. W Chorwacji planowałam Istrię, jednak znajomi stanowczo ją odradzili. W ostatniej chwili zmieniłam więc miejsce noclegów. W Słowenii – zaplanowałam postoje dwudniowe. Bardzo jednak bałam się o pogodę. I tutaj znowu deprymujący był głos znajomych – nie jedźcie do Słowenii – tam nigdy nie ma pogody. Jak było ? Zapraszam na wspomnienia i sporą ilość zdjęć oraz film.

Plan podróży w największym skrócie: Bydgoszcz , Pohořelice, Omišalj, Palit (wyspa RAB), Rabac (wyspa Istria), Črni Kal, Kobarid, Bled, Bydgoszcz

W drogę.

Ruszamy wczesnym rankiem . Bez problemu przekraczamy granicę z Czechami i około 16 jesteśmy w Pohorelicach. Hotel , a właściwie pokoje hotelowe znajdują się w przerobionym budynku gospodarczym. Z okna widzimy mały dziedziniec tegoż gospodarstwa. W budynku obok znajduje się restauracja – bar wraz z recepcją. Meldując się widzimy na drzwiach kartkę informującą, że wieczorem odbędzie się koncert rockowej kapeli. Ponieważ jest wcześnie wsiadamy ponownie do samochodu i jedziemy do pobliskiej miejscowości Dolni Kounice. Znajduje się tam zamek

oraz malownicze ruiny klasztoru Rosa Coeli. Niestety w czasie naszego pobytu w ruinach klasztoru trwają przygotowania do projekcji kinowej. W ruinach słychać muzykę z flimu „Gra o tron”.

Z miasteczka widać również ciekawy biały kościółek. Zapytany mieszkaniec tutejszej miejscowości wskazał nam drogę do Antoszka. Tak właśnie Czesi nazywają tę maleńką, położoną na dość wysokim wzniesieniu kapliczkę.

A to widok już ze wzgórza.

Noc upłynęła nam przy dźwiękach całkiem przyjemnej muzyki.

Dzień 2. Pobudka i ruszamy dalej. Przed nami kolejne ok. 700km. Docieramy do granicy słoweńsko-chorwackiej. Niestety za moją sugestią pojechaliśmy nie autostradą – tylko taką niepozorną drogą w kierunku małego przejścia . Ruchu nie było, świeciło słońce, było upalnie, radośnie. Google maps wskazywała co prawda 10 minut czekania – ale co tam 10 minut. Staliśmy trzy bite godziny. W słońcu… Kolejka samochodów przesuwała się raz na 5- 10 minut. Po dojechaniu do punktu kontrolnego okazało się, że wzięto od nas dowody, zeskanowano i oddano. To wszystko. Dlaczego zatem tak wolno się przesuwaliśmy ?

Po przejechaniu granicy bez problemu docieramy na wyspę Krk. Tam na jedną noc zatrzymujemy się w miejscowości Omišalj . Z uwagi, że straciliśmy trzy godziny – jest już późno. Jedziemy zatem na wybrzeże samochodem – i tam robimy długi spacer wubrzeżem. No pięknie nie jest – ale za to pocieszeniem są bardzo pyszne lody.

Dzień 3.

Kierujemy się na wyspę Rab Jedziemy wybrzeżem Adriatyku. Po drodze zajeżdżamy do Crikvenicy. Chwila spaceru.

Potem kilka krótkich przystanków dla widoków

W Stinicy wjeżdżamy na prom,

po 10 minutach jesteśmy na wyspie Rab, a po kolejnych 20 – wita nas sympatyczna Gospodyni na obrzeżach miasta .Czeka na nas fajny apartament. Przestronny i wygodny. I niedaleko od centrum miasta. Zatem udajemy się nabrzeżem do centrum. Po drodze zajadamy się oczywiście lodami.

Wieczorem powtarzamy ten sam spacer. Na uliczkach jest dużo więcej turystów, kolorowe kawiarenki, restauracje zapraszają by na chwilę odpocząć racząc się lodami czy też kolorowym napojem.

  Dzień 4.

Kierujemy się do Kampor (drogowskaz na Suha Punta) do Parku Przyrody Kalifront. Jest to ponoć najbardziej zielone miejsce na wyspie. Parkujemy na hotelowym parkingu i ruszamy do małych zatoczek usianych wśród wybrzeża.

Wieczorem kolejny spacer do Rab.

Dzień 5.

Jedziemy do Lopar. Ponoć tu znajdują się najładniejsze plaże. W centrum znajduje się Rajska Plaża. Piaszczysta, szeroka, zatłoczona. Na pewno bardzo fajna dla rodziców z małymi dziećmi. Ale my nie tego szukamy.

Skusiły nas natomiast zachwalane plaże na północnym wybrzeżu. Jeziemy w kierunku trzech plaż: Dubac, Podsilo, Sahara. Głównym celem jest Sahara. Samochód zostawiamy przy szutrowej drodze. Potem idziemy jeszcze ok. 30 minut i dochodzimy do pierwszej plaży. Niestety drogowskazy wprowadzają trochę zamieszania. Ostatecznie okazuje się, że to plaża Podsilo. Pomimo słonecznej pogody – tutaj akurat dosyć mocno wiało. Plaża duża , ale jakoś nas nie zachęciła by zostać na dłużej.

Po kolejnych 10÷15 minutach znajdujemy się na Saharze. Mimo że to plaża FKK znajdujemy sobie fajne miejsce na krańcu. Spędzamy tutaj trochę czasu na skalnej półce, z której schodzimy kamienistym nabrzeżem do pięknego morza. Z niesamowitym kolorem wody

Wracamy pieszo jeszcze dłuższą trasą. Nie mijamy nikogo, aż tu nagle – pod koniec drogi – idzie mężczyzna wymachując siekierą. Trochę przerażeni mijamy go z ulgą.

Po drodze zatrzymujemy się w punkcie widokowym skąd widać piękne wybrzeże.

Wieczorem jedziemy jeszcze do Parku Kalifront na plażę Kandarola.

Dzień 6.

Opuszczamy wyspę. Zmierzamy w kierunku półwyspu Istria. Przed nami dość długa droga. Mijamy Rijekę, gdzieś koło Matulji „pakujemy się” w tunel. Płatny. Zupełnie niepotrzebnie , bowiem mogliśmy jechać wybrzeżem. Trudno. Zmierzamy w kierunku naszego noclegu w Rabac. Trochę się błąkamy zanim go znajdziemy. Dom, w którym mamy apartament znajduje się na dosyć stromym zboczu. Samochód musimy zostawić wyżej, na ulicy. Na szczęście jest zarezerwowane miejsce parkingowe. Idziemy się na krótki rekonesans. Mamy bardzo blisko do centrum czyli do przystani/plaży. Robimy sobie długi spacer nabrzeżem. Mijamy kolejne plaże. I duże ośrodki wypoczynkowe. Ale nie są bardzo zatłoczone. Choć trudno nazwać je kameralnymi.

Dzień 7.

Zrywamy się rano. Dzisiaj zamierzamy pojechać promem na wyspę Cres. Kierujemy się na przystań promową w Brestova. „Wskakujemy” na wyznaczony pas. Docieramy. Tylko czemu ok. 300m wcześniej na pasie kierującym do portu był znak Stop? No tak. To tam trzeba było kupić bilety. Ruszam więc na piechotę (pod górę) aby kupić bilety. Od razu w dwie strony. Odpływając – podziwiamy jeszcze piękne klifowe wybrzeże.

Na wyspie ruszamy od razu na południe. Z daleka mijamy miasto Cres położone nad spokojną zatoką.

Docieramy do Mali Losinj. Uroczo.

W pobliskiej restauracji raczymy się kawą z rogalikiem i ruszamy dalej. Mijamy piękną niewielką zatoczkę z tym niesamowitym kolorem wody

i docieramy do przepięknie położonego miasteczka Veli Losinj. Widok z pobliskiego parkingu na wzgórzu jest naprawdę rewelacyjny. Jeszcze raz kawa w pobliskiej restauracji z widokiem na malutką zatoczkę i przechadzka małymi, krętymi uliczkami. Czas skierować się w drogę powrotną.

. Zatrzymujemy się jeszcze na krótki spacer w urokliwym Osor.

Następny przystanek to Belej a konkretnie plaża Koromacna, do której zjeżdża się wąską dróżką. Po krótkiej naradzie decydujemy się na dłuższy przystanek zamiast zwiedzania miasta Cres. Oczywiście kąpiel, a właściwie snorkeling w krystalicznej wodzie. W pobliżu nabrzeża ławice ryb. Jest super.

No ale już czas ruszać do Poroziny na przystań promową. Czekamy już na prom. Trochę się chmurzy. Nie wygląda to zbyt dobrze. Ale słońce świeci. I ostatecznie się przejaśnia. Z promu widzimy „nieszczęśnika”, który nie wiedział, że bilet na prom należy kupić przed przystanią (tzn. przy znaku Stop). No cóż. Ma pecha. Następny prom za 2 godziny. Przypływamy na Istrię. Zatrzymujemy się tu w mieście Labin. Położonego tuż obok Rabac. Zatrzymujemy się na darmowym parkingu, z którego trzeba dojść do centrum. Ale dzięki tej drodze mamy piękną panoramę tego miasto położonego na wzgórzu. Z murów miasta widok na Rabac. Robimy krótki spacer uliczkami starego miasta.

Dzień 8.

Udajemy się do zachodniej części Istrii, do miasta Rovinj. Po drodze zatrzymujemy się przy malowniczych ruinach zamku Dvigrad.

Docieramy do Rovinj. Spacerujemy uliczkami. Mieszkańcy mają chyba obowiązek wywieszania prania między domami. Takie przynajmniej odnosimy wrażenie. W centrum plac i duża przystań jachtowa. Jest ogrom turystów. Uciekamy stąd jak najszybciej.

Naszą wyprawę kończymy nad Limskim kanałem. To taka „wcięta” zatoka.

Potem zahaczamy jeszcze o miasteczko Zminj.

Dzień 9.

Ruszamy do Słowenii. Pamiętając o naszych doświadczeniach na granicy decydujemy się na szybki przejazd przez część Chorwacką . Jest sobota, więc pełni obaw zbliżamy się do granicy. Czy czeka nas powtórka ? Na szczęście przejechaliśmy błyskawicznie. Nawet nie chciano od nas dokumentów. Jest wcześnie więc od razu kierujemy się w stronę Jaskini Skocjanskiej. Nie ma problemu z kupnem biletu (2×24€) i po 20 minutach ruszamy z przewodnikiem na zwiedzanie. Jaskinia robi na nas duże wrażenie. Ogromna i wysoka. Głęboko w dole płynie rzeka. W pewnym miejscu trasy jest ustawiony znacznik poziomu wody gdy w latach 60-tych spadło dużo deszczu. Trasa wzdłuż rzeki trwa może maksymalnie 30min. Oczywiście po drodze cała masa stalagmitów, stalaktytów i stalagnatów. Ale przede wszystkim wielkość samej jaskini. To jest coś. Wow! Zdjęć w jaskini nie można robić. Pewnie i tak by nic z nich nie wyszło. Ale po wyjściu z niej można jeszcze udać się dłuższą lub krótszą trasą do  parkingu. My wybieramy opcję 60 – minutowej – czyli tę dłuższą. Trasa poprowadzona po zboczu wysokiej kotliny z korytem rzeki na dnie. Wysoko nad lustrem wody przerzucone mostki. I jeszcze różne fantazyjne formacje skalne, jaskinie-tunele itp.

Jedziemy do naszego następnego noclegu w Crni Kal. Malutkie miasteczko ze stromymi uliczkami. Zrobiło się słonecznie dlatego po posiłku ruszamy na pobliskie wzgórze do ruin Črni Kal Castle of San Sergio. Tak przynajmniej pokazuje Google. Stąd roztaczają się widoki na pobliskie i dalsze okolice. Widzimy również, że miejsce to upodobali sobie wspinacze skałkowi. 

Wracamy do samochodu i jedziemy do pobliskiego nadmorskiego Piran. Zatrzymujemy się na obrzeżach miasta, skąd darmowym busem jedziemy do starego miasta otoczonego historycznymi murami. Z pobliskich wzgórz roztacza się widok na pobliski plac Tartiniego no i owe średniowieczne mury.

Czas wracać na nocleg. A tam kolacja na naszym balkonie z pięknym widokiem na zachodzące słońce.

Dzień 10

Jedziemy do Predjamskiego zamku w skale.  Wygląda imponująco. Przed zamkiem płatny parking z opłatą na cały dzień. My chcemy obejrzeć go tylko z zewnątrz. Cofamy się na mały pobliski darmowy parking. Na szczęście jest tylko kilka samochodów. Nie mamy problemu ze znalezieniem miejsca.

Sesja zdjęciowa i po ok. 20 minutach możemy ruszać dalej do znanej stadniny w Lipicy. Po drodze widzimy stado koni na wybiegu. Przy wejściu okazuje się, że wstęp na teren kosztuje dość sporo (nie pamiętam dokładnie ile), a ponieważ nie jesteśmy znawcami koni uwieczniliśmy pasące się stado koni z pozycji ulicy wiodącej do stadniny .

Po obiedzie jedziemy do Luciji, sąsiedniej miejscowości Piran. Miejscowości : Lucija, Portoroz i Piran tworzą razem takie trójmiasteczko. W drodze do Luciji nawigacja samochodowa znajduje dziwny skrót. Droga jest wąska, stroma i raczej kiepskiej jakości. Natomiast z góry jest widok na Solanki Strunjan, gdzie wydobywa się sól tradycyjnym sposobem od ponad 700 lat.

Ale ostatecznie docieramy do Luciji. Parkujemy i udajemy się spacerem wzdłuż wybrzeża do Piran. Cała trasa jest bardzo ładnie rozpisana na planie. Mamy więc do zrobienia kółko o długości 9 kilometrów – to pomarańczowe.

Przechodzimy obok mariny z mnóstwem zacumowanych jachtów.

Dalej rozciąga się promenada  przygotowana do plażowania i pływania. Może wyda się to dziwne ale robi całkiem pozytywne wrażenie. Oczywiście nie ma mowy o uroku małych zatoczek z Chorwacji, ale jeśli ktoś przede wszystkim chce popływać w lazurowych wodach Adriatyku i poplażować to jest dobre miejsce. W międzyczasie ominęła nas burza. Wracamy szlakiem poprowadzonym w poprzek półwyspu.

Dzień 11.

Jedziemy wzdłuż pięknej rzeki Socza. Mijamy największy na świecie kamienny łukowy most kolejowy Solkan.

Nie zatrzymujemy się tutaj dłużej ponieważ chcemy dotrzeć do Tolmińskiego Wąwozu. No ale musimy się jeszcze zatrzymać w Kanal ob Soci. Kupujemy tu pyszne rogaliki w piekarni przy Neptunie

Z tutejszego kamiennego mostu zawieszonego wysoko nad rzeką odbywają się tradycyjne skoki do wody z 17 metrów. Tak  przynajmniej głosi napis na trampolinie.

Na chwilę zatrzymujemy się jeszcze w miejscowości Most na Soci. Chwila spaceru. Możemy podziwiać paralotniarzy szybującymi nad pobliskimi wzgórzami.

Jeszcze chwila i jesteśmy przy Tolmińskim Wąwozie (2×10€). Podziwiamy wąwóz wydrążony w skałach wapiennych przez Tolminkę i Zadlascicę.

Mijamy charakterystyczną Niedźwiedzią Głowę.

Po ok. 50 minutach docieramy do Diabelskiego Mostu wzniesionego w 1907 roku położonego 60 metrów powyżej rzeki.

Jedziemy do naszego kolejnego noclegu w Kobarid. Dwa tarasy, ogromny salon, sypialnia. Bardzo, bardzo komfortowo. Miejscówka ma jeszcze dodatkowe zalety – pieszo udajemy się do pobliskiego wodospadu Kozjak, a po drodze zatrzymujemy się przy moście Napoleona wysoko zawieszonego nad Soczą.

Malownicza droga prowadzi wzdłuż rzeki. Wejście do wodospadu oczywiście płatne (2×5€). Wodospad tworzą wody potoku wpadające do groty z wysokości mniej więcej 15 metrów i zasilające niewielkie szmaragdowe jeziorko.

Dzień 12.

Dzisiaj jedziemy podziwiać kolejne cuda natury przepięknych Alp Julijskich. Zatrzymujemy się przy najwyższym wodospadzie Słowenii czyli wodospadzie  Boka. Jest widoczny nawet z drogi.

Ale my udajemy się ścieżką prowadzącą do platformy widokowej naprzeciwko wodospadu.

Kierując się na przełęcz Vrsic zatrzymujemy się przy Wielkim Wąwozie Soczi.

Bardzo krętą drogą docieramy do przełęczy.

W drodze do Kranjskiej Gory  na zboczu Prisojnika zauważamy skałę w kształcie ludzkiej twarzy, to Ajdovska Deklica.

W uroczym miasteczku Kranjska Gora z pięknym krystalicznym jeziorem zatrzymujemy się na kawę.

Następny przystanek to Gozd Martuljek. Z parkingu przy hotelu kierujemy się do wodospadu Martuljskiego. Po ok. 40 minutach wędrówki bardzo ciekawym i uroczym szlakiem wzdłuż potoku Pisnica docieramy do urzekającego  wodospadu.

Wiemy, że idąc dalej można dotrzeć do kolejnego. Ale turyści, którzy wracają stamtąd poinformowali nas, że droga jest dość długa i stroma. Dlatego mimo, że wodospad jest wart zobaczenia rezygnujemy. Wracamy do samochodu. Jedziemy w kierunku Mojstrany aby później skierować się do wodospadu Pericnik. Można dojechać bezpośrednio do parkingu przy tym wodospadzie. Dlatego też nie jest to tak uroczy wodospad jak ten poprzedni, do którego wiodła ładna ścieżka. Wodospad ten można jednak obejść z tyłu – co jest również fajnym przeżyciem

Czas wracać na nocleg. Nie chcieliśmy jednak ponownie przejeżdżać tą samą trasą – więc wybraliśmy drogę przez Włochy. Droga była zdecydowanie prostsza i bardzo ciekawa. My jednak byliśmy już nieco znużeni i zmęczeni po całym dniu. Zatrzymujemy się jedynie się przy wysoko zawieszonym moście „viadukt Mangart”. To tam widzimy kolejny, składający się z czterech kaskad wodospad.

Dzień 13.

Z samego rana ruszamy na nasz ostatni nocleg w Słowenii, do Bled. Ponownie jedziemy krętą drogą z widokiem na góry wyłaniające się ponad mgłą zalegającą w dolinach.

Jest po prostu pięknie. Droga wzdłuż jeziora Bohinj prowadzi nas do wodospadu Savica. Z parkingu (akurat dzisiaj bezpłatnego) kierujemy się szlakiem do wodospadu (2×3€). Wodospad z charakterystycznymi dwoma odnogami prezentuje się bardzo ciekawie.

Po przeciwnej stronie mamy widok na jezioro Bohinij.

. Później zatrzymujemy się przy nim. Podziwiamy jego krystaliczne wody otoczone  zalesionymi wzgórzami.

Kawałek dalej, na parkingu Stara Fuzina zostawiamy samochód i udajemy się na szlak korytem potoku Mostnica. Mijamy Diabelski (Hudicev) Most. Docieramy do kolejnego mostu. To Urscov Most a przy nim kasa. No tak, jak w większości miejsc wejście płatne 2×3€. A zatem wędrujemy wzdłuż tego pięknego potoku, który wydrążył niesamowite formy w skałach. Najbardziej znana to trąba słonia.  No i ta przejrzysta woda.

Rezygnujemy z dojścia do wodospadu ponieważ to jeszcze dość daleka droga.

Ostatnie dwie noce spędzamy nad jeziorem Bled. Nocleg mamy w takim dogodnym miejscu, że możemy na pieszo dojść do jeziora. Oczywiście już pierwszego dnia po południu obeszliśmy całe jezioro. Pierwsze co się rzuca nam w oczy to zamek na szczycie skały. Ponoć jeden z najstarszych w Słowenii. Wygląda imponująco.

Następnie naszym oczom ukazuje się najbardziej chyba znany obraz jeziora: malutka wysepka z kościółkiem. Można tam dopłynąć wypożyczoną małą łódką lub większą ze sternikiem tzw. „pletną”.

Dzień 14.

Jedziemy do wąwozu Vintgar. Samochód zostawiamy na parkingu. Warto zapamiętać , jakie oznaczenie ma parking z uwagi, iż droga powrotna wiedzie na różne parkingi. Wąwóz z wartką rzeczką płynącą jego dnem jest bardzo malowniczy. Ścieżki często poprowadzone drewnianymi kładkami.

Powrót na parking w odróżnieniu do wędrówki po wąwozie był monotonny i długi.60 minut pieszej wędrówki przez las.

Po powrocie do Bled ruszamy na punkt widokowy Mala Osojnica. To ponoć stąd jest najlepszy widok na jezioro. Okazuje się, że tak jest rzeczywiście. Mamy z tego miejsca panoramę całego jeziora i okolicznych gór. Warto było się tu „wspiąć”. 

Po zejściu zawitamy jeszcze do cukierni Zima (Slascicarna Zima) na słynne kremówki (kremna rezina).

To był ostatni dzień naszego urlopu. Pogoda dopisała nam wspaniale. Chorwacja owszem – podobała nam się, natomiast Słowenią byliśmy i jesteśmy bardzo pozytywnie zaskoczeni i chcielibyśmy jeszcze do niej wrócić.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.